Sam na sam z Beskidami

Sam na sam z Beskidami

13.07.2016 14:38:48

Na łamach Tygodnika Regionalnego „Nowiny” ukazywały się już materiały o Mariuszu Urbanku z Jankowic, który zbierał na nowy rower. Rower, m.in. dzięki Czytelnikom „Nowin”, udało się kupić, a Mariusz ma na koncie coraz to śmielsze wyprawy.

Właśnie podesłał do redakcji Tygodnika Regionalnego “Nowiny” korespondencję z samotnej wyprawy po Beskidach! Nie byłoby w tym nic nadzwyczajnego, gdyby nie fakt, że Mariusz urodził się z porażeniem mózgowym…

Z miłości do roweru oraz gór zrodził się pomysł samotnego wyjazdu w nasze Beskidy. Kto mnie zna i ma na uwadze stopień mojej niepełnosprawności, ten powie, że jest to wręcz niemożliwe!
W zasadzie pomysł ten chodził za mną od wielu lat, aż w końcu udało się go w tym roku zrealizować i to na dodatek wyjazd ten był połączony z rehabilitacją klasyczną. Biorąc pod uwagę moje ograniczenia ruchowe i nieprzewidziane sytuacje z którymi musiałem sobie poradzić, był to dla mnie wyjazd pod znakiem wielopłaszczyznowej rehabilitacji.

Pierwszego dnia – To właściwie dzień wielu niewiadomych, gdzie musiałem się rozpakować, ustalić plan zabiegów i rozwiązać sprawę posiłków. Sama konsumpcja nie jest dla mnie sprawą łatwą…
Z bagażami udało mi się wjechać na rowerze pod sam pokój; zabiegi miałem zaraz po śniadaniu i basem o dowolnej porze dnia. Dzięki uprzejmości kelnerek posiłki były mi podawane do pokoju. Mając na uwadze kilkugodzinne wycieczki rowerowe, poprosiłem o śniadania i obiadokolacje, posiłki te podawano mi do pokoju nawet gdy byłem jeszcze w trasie. Wszystkie te rozwiązania były dla mnie na tyle wygodne, że byłem niezależny i samowystarczalny.

Drugiego dnia początkowo chciałem ostro zaatakować i ruszyć na Biały Krzyż i Skrzyczne, lecz w ostateczności pojechałem w drugą stronę na dobrze znany mi szczyt, Równicę w Ustroniu. Te moje wycieczki to nie wyścigi. Dlatego pozwalałem sobie na przypadkowe rozmowy, lecz gdy tylko wspomniałem o Równicy, słyszałem głosy typu: „uważaj bo tam wysoko” i zaraz potem pytanie o stan moich hamulców. Nie było łatwo, lecz po kilku godzinach wysiłku czekała na mnie nagroda w postaci przepysznej szarlotki, którą mogłem się rozkoszować podziwiając przepiękne widoki Beskidów.
Trzeciego dnia poczułem się już nieco pewniej i postanowiłem wyruszyć w dziewicze jak dla mnie tereny, czyli na Skrzyczne. To najwyższy szczyt Beskidu Śląskiego. Po wjechaniu na Biały Krzyż (Przełęcz Salmopolską) i zjeździe do Szczyrku, odszukałem ulicę Skrzyczańską, bo taką właśnie trasę wjazdu ustaliłem po wcześniejszych kilkumiesięcznych analizach tego terenu.
Początek ulicy był bardzo stromy, lecz pewny, bo wyasfaltowany. Dalej asfalt zmienił się w betonowe płyty, a następnie w szuter. Tutaj miałem prawdziwy dylemat. Problem polegał na tym, iż jadąc drogą szutrową o dużym nachyleniu traciłem przyczepność z podłożem. Po przejechaniu kilkuset merów taką drogą i po rozmowie z innym rowerzystą doszedłem do wniosku, że na takich oponach wyżej nie wjadę. Nie pozostało mi nic innego jak zawrócić, czyli wjechać na Biały Krzyż od strony Szczyrku, a potem do Wisły, gdzie w pokoju czekał na mnie już posiłek. Co prawda nie zdobyłem szczytu, lecz po raz kolejny przekonałem się, że góry uczą pokory…

Czwartego dnia, po bardzo trudnej lecz malowniczej trasie. wybrałem coś łatwiejszego, dobrze mi znanego, a wybór padł na Stecówkę. Trasa niby łatwa, bo bardzo dobrze mi znana, lecz nawet wieloletni kompan w rozmowie telefonicznej mi ją odradzał, a to ze względu na bardzo wysokie temperatury. Słuchając jednym uchem kumpla a drugim głosu rozsądku, wybrałem trasę przez tamę, a następnie wzdłuż Czarnej Wisełki, wiedząc, że cień lasów oraz chłód strumienia trochę złagodzą żar lejący się z nieba. Jednakże 300-400 metrów przed szczytem wyjeżdża się na otwartą przestrzeń. Główny nurt rzeki pozostaje gdzieś z lewej strony. Nachylenie tego ostatniego odcinka jest bardziej strome. Wtedy to poczułem, co to znaczy żar lejący się z nieba, bo wraz z nim zalewał mnie pot. Tutaj nagrodą dla mnie był widok nowego małego drewnianego kościoła i zapewnienie górala, że wszystko jest na dobrej drodze do jego ukończenia i poświęcenia…

Piątego dnia, po kilku dniach ostrej rowerowej jazdy nadszedł dzień odpoczynku. Odpoczynek ten też był podyktowany bardzo wysokimi temperaturami. W tym dniu tak się szczęśliwie złożyło, że odwiedziła mnie moja ukochana Marysia, więc mieliśmy okazję schłodzić się w rzece. Wieczorem po upalnym dniu nadeszła bardzo gwałtowna burza, która całkowicie zmieniła aurę gór…

Szósty dzień – deszczowy, mokry, wręcz chłodny. Pomimo takiej niesprzyjającej pogody wybrałem krótki lecz również atrakcyjny szlak dookoła Wisły. Przez pierwsze dwa kilometry, jadąc ulicą Bukową, towarzyszył mi drobny deszcz, lecz miałem nadzieję, że mnie opuści i tak taż się stało po dwóch kilometrach. Głównym celem tej wycieczki było dotarcie do miejsca, w którym można przeczytać hasło: Życie Jest Grą – Świat Boiskiem, Bóg Sędzią. Czy wiecie gdzie się znajduje się to zdanie?

Siódmy dzień upłynął pod znakiem pakowania i wyjazdu. Byłem sam również do pakowania. Robiłem to po raz pierwszy, więc nie wiedziałem ile czasu mi to zajmie… Pomimo bardzo ograniczonego czasu pozwoliłem sobie na mały, szybki trip do Ustronia i z powrotem.

W przeciągu tego tygodnia było mi dane podziwiać przepiękne widoki, zdobywając kolejne szczyty naszych polskich Beskidów. Te dni były pełne wyzwań i zaskakujących sytuacji, w których musiałem sobie sam poradzić. Po takim tygodniu jestem silniejszy, sprawniejszy i gotów by jechać dalej i wyżej.

Taki wyjazd nie byłby możliwy, gdyby nie wiele osób które dołączyły się do akcji „1% – Jestem Wasz Jedyny”, którą prowadzę od kilku lat. Pamiętaj, że Ty również możesz pomóc, dziękuję.

Autor: ADR
Źródło: www.nowiny.rybnik.pl